"Wystawa okropieństw"
Ta cisza towarzyszy otwieraniu się drzwi
Do miejsca którego wnętrze
Można zobaczyć za opłatą
Ludzie bawią się patrząc
Jak jego ciało się skręca
Gdzieś za spojrzeniem swych oczu
mówi mi że jeszcze istnieję
Tędy droga - wejdź do środka
Na arenach zabija dla nagrody
Dodając minutę do minuty sumuje swoje życie
Uczucie niesmaku zagłuszają wrzaski o więcej
Modli się do boga aby stało się szybko -
Patrz na jego upadek
Tędy droga - wejdź do środka
Zobaczysz grozę odległych miejsc
Spotkasz się twarzą w twarz
z architektami prawa
Zobaczysz masowy mord na niewyobrażalna skalę
I tych wszystkich którzy bardzo starali się
Odnieść sukces
Tędy droga - wejdź do środka
Wybrałem tylko niektóre kaprysy
Dalszych tysięcy
Wciąż kroczących dawno pogrzebaną ścieżką
Martwe lasy, dżungle i płonące miasta
Nie do zastąpienia i opowiedzenia
Nie do uwolnienia lub naprawy
Weź mnie za rękę, a ja pokażę ci
Że to co było - stanie się znowu

"Odizolowanie"
Bądź pewny siebie każdego dnia,
Każdego wieczoru
Taki głos woła głośno z góry
Uważnie wypatrywałem przyczyny
Myląc oddanie i miłość
Poddałem się samoochronie
Stroniąc od tych którzy dbają o siebie
Lecz życie w swej doskonałości
Niczym się nie różni od reszty
Odizolowanie
Matko, starałem się -
Uwierz mi, proszę
Robię co tylko mogę
Wstydzę się rzeczy które przeszedłem
Wstydzę się człowieka którym jestem
Odizolowanie
Lecz gdybyś tylko zdołała dojrzeć piękno
Rzeczy których nigdy nie umiałem opisać
Przyjemności i nieobliczalnych rozrywek
Czy taką jest moja cudowna nagroda?
Odizolowanie

"Pascha
(Baranek Boży)"
Oto kryzys o którym wiedziałem
Że musiał nadejść
Niszczę moją równowagę
Mam wątpliwości, dochodzę do siebie
I odwracam się
Ciekaw co spotka mnie dalej
Czy taką właśnie rolę chciałeś grać w życiu
Głupi byłem prosząc o tak wiele
Bez ochrony i dziecinnego anioła stróża
To wszystko rozlatuje się
Za pierwszym dotykiem
Patrzę jak szpula zatrzymuje się
Z brutalną powolnością
Ludzie którzy zmieniają się bez powodu
Tak dzieje się przez cały czas
Czy mogę żyć dalej stosując taką linię obrony
Niepokojąc i oczyszczając swój umysł
Dodaję swoje obowiązki -
Gdy wszystko już powiedziane i zrobione
Wiem że za każdym razem czeka mnie przegrana
Idę ścieżkami wyznaczonymi przez Boga
Bezpieczeństwo jest tuż przy ogniu
Świątynia przed tymi
Rozgorączkowanymi uśmiechami
A znak widnieje na drzwiach
Czy taki właśnie dar chciałem ofiarować
Wybacz i zapomnij, tego uczą
Raz jeszcze przejdę przez pustynię
I spustoszone ziemie
I zobaczę jak oni padają tuż przy plaży
Oto kryzys o którym wiedziałem
Że musiał przyjść
Niszczę moją równowagę
Odwracam się na spotkanie nowej serii kłamstw
Ciekaw co spotka mnie dalej

"Kolonia"
Wołanie o pomoc, jakby usypiacz
Dźwięk z rozbitych domów,
Tu zawsze spotykaliśmy się
Gdy on śpi, ona bierze go w ramiona
Są rzeczy, które muszę zrobić,
Lecz nie chcę cię skrzywdzić
Z obojętnym spojrzeniem
Pocałowałem ją na pożegnanie
Dłonie w torbie podróżnej, zapakowałem łzę,
Którą stara się ukryć
Ten okrutny wiatr wyje
Doprowadzając nas do obłędu
I zostawia go zmarzniętego tu w tej kolonii
Nie rozumiem po co te wszystkie
konfrontacje
nie rozumiem po co te wszystkie przemieszczenia
Nie, życie w rodzinie wprawia mnie
W uczucie niepewności
Stałem tu sam w tej kolonii
Tak, Bóg w swej mądrości
Wziął cię za rękę
Bóg w swej mądrości sprawił, że zrozumiałeś
W jego kolonii

"Sposób
na osiągnięcie celu"
Dziedzictwo, jak dotąd odsunięte
Pewnego dnia zostanie podniesione
Wieczne prawa pozostaną z tyłu
My byliśmy lepsi
Ty też spotkałeś ten dzień,
Ja zawsze wypatrywałem ciebie
Walczyliśmy o dobro ramię w ramię
Nasza przyjaźń była wieczna
Lecz obce metody zawisły na wysokości
Nasza wizja dotarła do nieba
Śmiertelna lista - punkty do zatwierdzenia
Tobie ufam
Dom daleko gdzieś na obcej ziemi
Dokąd udawali się zbolali kochankowie
Czy taki jest twój cel,
Twoje ostatnie uczynki
Tam gdzie psy i sępy jadają?
Uzyskawszy zgodę, odwróciłem się by odejść
Ufam tobie, tobie, tobie
Ufam tobie, ufam

"Serce
i dusza (Całkowicie oddany)"
Chwile, które wciąż mogą nas zdradzić
Podróż, która prowadzi ku słońcu
Pozbawiony duszy i skazany na zniszczenie
Miotam się między dobrem a złem
Ty zajmujesz moje miejsce w tej grze
Będę cię obserwował litościwym okiem
I uniżenie prosił o wybaczenie
Prośba idąca dalej niż ty i ja
Całkowicie oddany (sercem i duszą) -
Jedno spłonie
Otchłań która przetrwała stworzenie
Cyrk wypełniony gromadą głupców
Fundamenty które przetrwały wieki
A potem zostały rozbite u podstaw
Poza tym wszystkim dobro jest grozą
Uściskiem ręki najemnika
Gdy barbarzyństwo słusznie powraca
Nie ma odwrotu przed ostatnią walką
Serce i dusza - jedno spłonie
Istnienie, cóż ono znaczy?
Istnieję na najlepszych warunkach
Na jakie mnie stać
Przeszłość jest teraz częścią mej przyszłości
Teraźniejszość wymknęła się spod kontroli
Serce i dusza - jedno spłonie
Serce i dusza - jedno spłonie

"24
godziny"
Taka jest więc ostateczność -
Strzaskana dumą miłość
Co kiedyś zwało się niewinnością,
Przekręciło się na drugą stronę
Wisi nade mną chmura i znaczy każdy ruch
głęboko w pamięci to co kiedyś było miłością
Ach jakże zrozumiałem
Jak bardzo pragnąłem czasu
Patrząc z perspektywy,
Starałem się usilnie odszukać
Tylko przez chwilę myślałem
Że odnalazłem swoją drogę
Przeznaczenie odkryte -
Patrzyłem jak się wymyka
Przesadne przebłyski poza wszelkim zasięgiem
Pojedyncze żądania o wszystko
Co chciałbym zatrzymać
Wybierzmy się na przejażdżkę,
Zobaczymy co uda nam się odnaleźć
Bezwartościowy zbiór nadziei
I przyszłych pragnień
Nigdy nie sądziłem
Że tak daleko przyjdzie mi zajść
Wszystkie najciemniejsze zakątki zmysłu
Którego nie znałem
Tylko przez chwilę słyszałem czyjeś wołanie
Wyjrzałem poza dzisiejszy dzień -
Tam nie ma nic
Teraz gdy rozumiem już
Jak to wszystko się pomieszało
Muszę znaleźć jakąś terapię -
Gdyż to już trwa zbyt długo
Głęboko w sercu którym rządziło współczucie
muszę odnaleźć moje przeznaczenie
Zanim nie jest za późno

"Nieśmiertelny"
Pochód przechodzi, krzyki ucichły
Oddawanie czci naszych kochanych zmarłych
Rozmawiają głośno siedząc wokół stołów
Rozrzucając kwiaty powalone deszczem
Stałem przy bramie u stóp ogrodu
Obserwując ich ja przechodzą
niczym chmury na niebie
Staram się krzyczeć pod wpływem chwili
Ogarnięty szałem wypalającym mnie od wewnątrz
Płaczę ja dziecko choć
Starzeję się z roku na rok
Przy dzieciach mój czas płynie na marne
Muszę nieść ten ciężar,
Mimo ich wewnętrznej więzi
Przyjmuję to nieszczęście niczym klątwę
Ułożony przy bramie u stóp ogrodu
Mój widok rozciąga się od płotu do ściany
Żadne słowa nie mogły wyjaśnić,
Żadne czyny określić
Tylko obserwuję drzewa i opadające liście

"Dziesięciolecia"
Oto są młodzi, ciężar na ich ramionach
Oto są młodzi, gdzie oni byli?
Pukaliśmy do drzwi mroczniejszych komnat piekła
Doprowadzeni do granic
Wczołgaliśmy się do środka
Zza kulis obserwowaliśmy
Na nowo odgrywane sceny
Zobaczyliśmy siebie tak
Jak nie widzieliśmy nigdy
Obraz urazów i degeneracji
Smutki które przecierpieliśmy
I od których nie uwolniono nas nigdy
Gdzie oni byli?
Przesiąknięci żalem,
Teraz nasze serca stracone na zawsze
Nic nie zastąpi strachu
ani podniecenia w pościgu
Te rytuału ukazały nam jedynie drzwi
Do których zmierzaliśmy
Otwarte i zamknięte,
A potem zatrzaśnięte nam prosto w twarz
Gdzie oni byli?
|